Jak polepszyć życie swoje i innych – jedna sztuczka i trochę wolnych myśli

landscape-690617_1280

Borykając się trochę z różnym odbiorem bezdzietności po pięciu latach od ślubu, lubię sobie czasem myśleć, że przynajmniej matki mają spokój. Że okej, ja – i inne takie Kiedyśmamy – mają może trochę pod górkę, bo o problemie mało się mówi, bo trzeba być w konkretnym przedziale wiekowym, żeby przekonać się, ile kobiet ma problemy, ile nie donosi ciąży, bo może trochę empatii też trzeba. Ale później – już spokój. I tak sobie żyję w takim przekonaniu, a potem spotykam znajome mi Już-mamy i co słyszę?

Czytaj dalej

Reklamy

4 rzeczy, których nauczyły mnie starania o dziecko

W naszym wspólnym życiu zawsze był jasny podział – mój mąż był tą bardziej flegmatyczną stroną, przyjmującą mniej lub bardziej pogodnie to, co się dzieje. Ja z kolei zawsze obracałam się w świecie wyznaczonych celów, a moje życie nie płynęło leniwie tak, jak jego, tylko wskakiwało na coraz to nowe schodki. Dlatego mam poczucie, że dzisiejszy wpis jest pewnego rodzaju osiągnięciem dla mnie.

person-692406_1280

Wiecie, to nie jest tak, że zawsze myślałam w ten sposób. Nigdy w życiu nie zapomnę swojej złości, kiedy po kilku miesiącach starań okazało się, że jednak nie. Bo jak to – do tej pory sprawy mniej lub bardziej układały się tak, jak chciałam. Wymagało to ode mnie wiele wysiłku niekiedy, ale na tym polegało wyzwanie. A tutaj po raz pierwszy stanęłam przed murem: co z tego, że chcę?

Czytaj dalej

Zacznijmy tak…

Jest coś obleśnie złośliwego w fakcie, że problemy z płodnością spotkały akurat mnie. Problemy tego typu są oczywiście zawsze złośliwe. Biorąc jednak pod uwagę, że zawsze dostawałam alergii od tych wszystkich wyliczanek, kto to teraz powinien wyjść za mąż, a czemu tylko jedno dziecko, a może jeszcze chłopczyka – złośliwość losu jest obleśna. Tego, co mnie zawsze irytowało, teraz doświadczam na dwa sposoby – tak jak zwykle i jako główny obiekt ambitnych zaczepek.

Ale jak to się mówi, trafia kosa na  kamień. Złośliwość losu trafiła na złośliwość człowieka. Po paru latach starań przestawiłam swój umysł o 180 stopni. Zaczynałam pewnie tak jak każdy – z przekonaniem, że maksymalnie trzy  miesiące i spokojnie zajdę w ciążę. Później pojawiło się nerwowe wyczekiwanie każdego okresu. Później płacz i żal, kiedy jednak przychodził. A potem zrozumiałam, że jak tak ma wyglądać moje dalsze życie, to ja zwariuję. Ja zwariuję, zwariuje mi mąż, a nasze małżeństwo przestanie być relacją, a stanie się bezduszną fabryką dzieci. Albo niespełnionych  marzeń.

Powiedziałam sobie dość. Zatrzymałam się, spojrzałam na temat z dystansu, z jednej, z drugiej, z trzeciej strony. O tym, co zobaczyłam chcę Wam tutaj pisać – a że zobaczyłam wiele, to nie ujmę tego w jednym zdaniu. Grunt, że pojawiła się zgoda na znak zapytania w tytule mojego bloga – znak zapytania, a nie rozdzierający wykrzyknik.

I teraz zaczyna się zabawa, bo za moimi odkryciami nie poszły niestety podobne odkrycia w naszym otoczeniu. Kiedyś cała ta nagonka na dzieci, jaką ludzie gotują parom po jakimś czasie związku małżeńskiego, strasznie mnie wkurzała. Później mnie bolała. A teraz patrzę na  to trochę z dystansu i myślę sobie: NO JASNA CHOLERA, JAK WY MOŻECIE?

Z tej niezgody pojawił się pomysł na blog – który zaczynam tworzyć  po to, żeby powiedzieć w końcu, jak się czują osoby, które po kilku latach bezowocnych starań słyszą od znajomych żartobliwe teksty w stylu „no już idźcie do domu, trzeba dzieci robić, haha”. Żeby przekazać, że dzisiaj zbyt wiele par choruje na problemy z płodnością, by robić sobie z tego prymitywne podśmiechujki. Żeby zwyczajnie opowiedzieć swoją historię, podzielić się z innymi, może z kimś, kto ma tak samo.

No i wiecie – z perspektywy czasu widzę, że jednak  nasze problemy stały  się czymś, co wnosi pewne dobro do naszej relacji. I o tym dobru też Wam napiszę.

Sami rozumiecie w takim  razie, że będzie ciekawie – zapraszam, zostańcie, rozgośćcie się 🙂

person-802075_1280